W garniturze na motocyklu…

Warszawa. Szklany biurowiec w centrum. Salka konferencyjna. Ja i kliku prezesów. Oni na sztywno w dobrych garniturach. Ja… jak zawsze (co będę ściemniał: w garniturze wyglądam jakbym połknął nie tylko kij od szczotki, ale też szczotkę, wiadro i zespół sprzątaczek), czyli luz. Goście zerkają na mnie podejrzliwie. Rozmowa się nie klei. Ja swoje, oni swoje. Po kilku minutach już mi się tu nie chce siedzieć. Wiem, że z interesu nici. Oni też wiedzą. Mimo, iż oferuję dokładnie to, czego ich firma potrzebuje i mimo, że oni też mają tego świadomość. Ale nic. Pustka. Nicość. W dole smutna Warszawa za oknem. I nagle, jakoś tak się mało zgrabnie ruszam, że spod mankietu koszuli wyłazi mi zegarek zawieszony na szerokim skórzanym pasie łudząco podobnym do pieszczochy. Widzę wzrok jednego z nich skupiony na tym moim zegarku i natychmiast pojawia się pytanie: „Jeździ pan na motocyklu?” mad_men„No, jeżdżę” – odpowiadam z ulgą, bo znam już scenariusz dalszej rozmowy. Dalej pytania lecą jak z karabinu: „A na jakim?”, „A jaka moc?”, „A ile się udało nawinąć mil na zegar w tym sezonie?”. Dalej już nie jest sztywno. Luzują się prezesom krawatki, wreszcie krew może swobodnie dopłynąć do mózgu, od razu pojawia się jasność widzenia, mija ospałość i zmęczenie stolicą. Niepostrzeżenie w rozmowę wkrada się pasja. Nie ma znaczenia na czym prezesi jeżdżą. Nie ma też znaczenia na czym ja. Topnieją lody, goście tak się kręcą motorkami, że co rusz im się wymyka mówienie do mnie na „ty”. Natychmiast to wykorzystuję (prowadzenie szkoleń z komunikacji interpersonalnej nie poszło na marne) i w pojawiających się momentach luzu również włączam zwrot „ty”. Już po chwili chwyta –  walimy sobie po imieniu, tak naturalnie jakbyśmy się spotkali na motocyklowym zlocie. Garnitury ich coraz bardziej uwierają – gadamy już tylko o motocyklach. Biznesy odchodzą w zapomnienie – pozostaje wiatr we włosach (u tych, co im zostały włosy) i poczucie wolności ograniczonej tylko i wyłącznie brakiem prezesowskiego czasu. Ale ta właśnie wolność dominuje wszystko. Myśli zaczynają krążyć wokół lunchu. Kombinują gdzie by tu pójść. Wzdycham nieśmiało, że w Kato mamy knajpę, w której można wtranżolić niezłe papu przyglądając się replice motocykla kapitana Ameryki z „Easy Ridera”. Wow! Itd…. itp…
Po co ta historia? Bo zobaczyłem ostatnio w necie filmik reklamujący wartościową społecznie akcję The Distinguished Gentleman’s Ride, w której w ramach promocji badań mających na celu pokonanie raka prostaty, wykwintni dżentelmeni dosiadają motocykli, by udać się na przejażdżkę w garniturach. Królują tam muszki, fajki, poszetki i oczywiście krawaty. Ale wciąż najważniejsze są motocykle. Wszystkie: ścigi, choppery, turystyki, cruisery i co byśmy tam jeszcze chcieli. Okazuje się, że motocyklizm to przygoda zataczająca naprawdę szerokie kręgi – dociera również tam, gdzie pod pozorem biznesowej sztywności obleczonej w doskonały garnitur, kryje się coś jeszcze. Potrzeba wolności leżąca gdzieś na dnie serca otoczonego szykownym gangiem. I co najfajniejsze, kiedy uda się odkryć tą potrzebę, nawet w takiej nieprzyjaznej biurowo – konferencyjnej atmosferze, to wybucha ona ze zdwojoną siłą. Sztywność konwersacji zamienia się w przyjacielskie: „A co tam u ciebie stary słychać?”. Wyuczone na MBA negocjacyjne rytuały zamieniają się w pełne pasji pytanie o przeciwskręt, a usztywnione korporacyjne nawyki traktowania każdego obcego, jako chcącego zagrozić naszej pozycji, zamieniają się w szczere „witaj przyjacielu!”. I tak, jak kobiety łagodzą obyczaje, tak motocykle rozmiękczają garnitury. Bo jest coś w tych motocyklach tak niezwykłego, tak fantastycznego, że luzuje się nawet najszczelniej zawiązany krawat. O cudzie takiej sytuacji pisałem już wyżej, zachwalając fakt dotlenienia w ten sposób korporacyjnego mózgu. I częsty problem motocyklistów przyobleczonych na co dzień w garnitury jest taki, że ten ichni motocyklizm jest ukryty. Jest niewidoczny dla przeciętnego współpracownika w obawie, że ten nie skuma bazy. Że prezes na motocyklu wyda się mniej odpowiedzialny, bardziej jakiś taki fircykowaty. A przecież prezes powinien być prezesem, co oznacza usztywnienie na maksa. I o ile jesteśmy jeszcze w stanie wybaczyć prezesowi kochankę, to już motocykla raczej nie. A rzeczywistość okazuje się zgoła inna. Prezes też człowiek, lubi zapomnieć o swojej prezesurze, porzucić konwenanse i z ledwo co poznanym motocyklistą przejść na ty i pogaworzyć o motocyklach. Czasem też może się przecież przejechać w garniturze na motocyklu. Czy idą za tym interesy? To już zupełnie inna historia…

Distinguished Gentleman’s Ride 2013 Londyn

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „W garniturze na motocyklu…

  1. Misiek GL1800 pisze:

    Oj święte słowa :)))
    Sam kiedyś zwalczałem niewolnicze przywiązanie niektórych decydentów do idei „dress code”. I jak okazało się skutecznie 🙂
    Konkludując, jeszcze nigdy nie spotkała mnie przykrość z tytułu motocyklowych elementów garderoby. Wręcz odwrotnie, niejednokrotnie zatwardziałą urzędniczka „wymiękała” i robiła to o co została poproszona 🙂

    pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.