Ból siedzenia…

Kiedyś kumpel, który śmiga FJR-ką opowiadał, że gdyby nie potrzeba tankowania, to trasę Monachium – Katowice trzasnąłby za jednym zamachem.  Niespecjalnie wydawało mi się to prawdopodobne, dopóki nie dał mi się na swoim sprzęcie przejechać. Kurcze, rzeczywiście wygodnie. Jest na tym jakaś taka wymuszona pozycja, że nie obciąża się miednicy ani też dolnych partii pleców. Innymi słowy – dupa nie musi odpaść. Niestety, na moim motocyklu chce i to już po przejechaniu stu kilkudziesięciu kilometrów. Najdłużej wytrzymałem odległość 200 km. I nawet gdyby pojemność baku pozwoliła na przejechanie więcej, chyba nie dałbym rady. Stąd potrzeba robienia chociaż małych przerw co sto lub sto pięćdziesiąt kilometrów, by dać odpocząć lędźwiom. Widziałem też różne wynalazki – np. silikonową nakładkę na siodło, za której sprawą cztery litery mają mniej cierpieć. Gadałem z użytkownikami takiego czegoś i niestety nie mieli o tym najlepszego zdania. Nie ma zdaje się żadnej metody, by po długiej trasie na cruiserze, „siedzenie” nie chciało nam odpaść. Tak już po prostu jest, a jak komuś to na maksa nie pasi, to trzeba się przesiąść na kredens. Z drugiej strony, jak się zastanowić, to ta ułomność motocyklowego siedziska może nam podpowiedzieć… że cruiser wymusza pewien określony rodzaj jazdy. Nie jazdę na wyścigi, nie rywalizację w jak najszybszym dojechaniu do celu podróży czy też błyskawicznym przemieszczaniu się pomiędzy kolejnymi przystankami. Bo w motocyklizmie, o którym tutaj piszę, nie o to chodzi. Moim zdaniem chodzi o to, by rozkoszować się samą podróżą. A kolejne pitstopy i odpoczynki to przecież takiej podróży integralna część. Bo czy to ma znaczenie, czy do celu dotrzemy godzinę wcześniej czy później? A czy ma to znaczenie, by pokonywać kolejne rekordy szybkości na autostradzie? Mój motocykl przy szybkości 160 km/h pożera takie ilości paliwa, których nie powstydziłby się czołg porucznika Grubera z „Allo, allo”. Pomijam fakt, że przy tej szybkości, delikatnie mówiąc, wiatr robi wszystko co tylko może, żeby mnie pozbawić kasku. Jest adrenalina i owszem, ale czy na pewno to taka sama przyjemność, jak pokonywanie pokonywanie uroczej alejki ze słońcem przebijającym się zza drzew przy szybkości 70 – 80 km/h?

Możliwe więc, że niewygodne, cruiserowe siodełka wymyślono specjalnie, byśmy mogli rozkoszować się podróżą samą w sobie, częstymi przystankami potrzebnymi na poznanie nowego miejsca, ludzi i krajobrazów. By poczuć przyjemność motocyklowej podróży, która tym różni się od samochodowej, że świat jest na wyciągnięcie ręki, a każdy zapach czy podmuch wiatru tak doskonale odczuwalny. Jutro rozpoczynam podróż, w której mam do przejechania jakieś 3000 km. W jej planowaniu najfajniejsze jest to, że kompletnie nie ma znaczenia, o której godzinie dojedziemy do poszczególnych celów. I to jest też powód, dla którego nie mogę się już tego jutra doczekać.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.