„Born to ride”, czyli jak zepsuć motocyklowe kino

Film o tytule „Born to ride” wydawał się idealnym wypełnieniem tęsknoty za motocyklizmem w długi zimowy wieczór. I nawet nie zniechęciła mnie jedna z krótkich recenzji na Filmwebie: „widziałem gorsze”. Film okazał się beznadziejny, ale przynajmniej jeżdżą w nim na motocyklach…

btr

Jeśli istnieją jakieś filmowe klasy poza „filmami klasy B”, to ten film z pewnością sięga końca alfabetu. Ale zacznijmy od początku. Najpierw polskie tłumaczenie tytułu: „Urodzony motocyklista” – no cóż. Od razu chce się płakać, a potem niestety jest jeszcze gorzej. Oto dwóch koleżków jedzie do Sturgis i przy okazji są świadkami pobicia gościa, który daje im przesyłkę z własnymi oszczędnościami, którą z kolei mają przekazać jego córce. Dodatkowo w tle pojawia się kompletnie niepotrzebna afera z podsłuchiwanym senatorem i w sumie to cała fabuła. Do atutów zaliczyłbym: dużo motocykli (te używane przez głównych bohaterów to: jeden stylizowany na choppera Kapitana Ameryka, drugi przeróba zdaje się Indiana) i całkiem niezłą muzę. Do tego amerykańskie bezkresne drogi, choppery, jazda bez kasków itp. Ale niestety filmu nie uratowali nawet wcale rozpoznawalni aktorzy, jak na przykład William Forsythe, czy Theresa Russell. Tego pierwszego znamy przecież z „Dawno temu w Ameryce”, czy „Twierdzy”. Zaś Theresa Russel to przecież niezapomniana Liz z „Być dziwką” czy Lina w „Fanatyku”. Jest nawet scena nawiązująca do Easy Ridera – siedzą na pustyni w nocy, przy ognisku i palą trawkę. Po czym pojawia się tekst nie dawaj Mikowi, na co Mike odpowiada „ja nie palę”. No cóż, pozostaje pogratulować scenarzyście polotu. Potem widzimy jak poznana przy drodze panienka po ognisku rozkłada nogi i mówi: „kiedy jechaliśmy, wibracje twojego motocykla bardzo na mnie działały”. Po czym jest seks. Ale to nie koniec obciachu. Do pewnego momentu myślałem, że pracował przy tym filmie jakiś scenarzysta. Jednak po tekście pewnej pani do pana: „Zrobić ci drinka, a może laskę?” i jego odpowiedzi: „No to chodźmy” uważam, że scenariusz po prostu nie istniał a dialogi wymyślano ba bieżąco w trakcie kręcenia.

Jest oczywiście sporo śmiechu – po całym dniu jazdy Mike i Alex przyjeżdżają na kolację do znajomej, a motocykle mają tak wypolerowane chromy, że świecą po oczach jak psie wiadomo co. Można w to uwierzyć pod warunkiem, że na motocykl mówi się motor i na tym kończy się motocyklowa przygoda. Przez pól filmu goście jeżdżą na gołych motocyklach, za to z rolkami na kierownicy, co wygląda dość dziwnie, ale może to taka ichnia „stajla”. Nagle nie wiadomo czemu w jednej z następnych autostradowych scen znikają rolki z kierownic motocykli. Na jednym tylko pozostają sakwy, a panowie popylają w krótkich rękawkach. Ciekawe w co się przebiorą następnego ranka? Przy czym lewą sakwę – jak się okazuje w scenie pod motocyklowym pubem w całości zajmuje saszetka z aparatem fotograficznym.

Jest też trochę motocyklowego garażu, ale oczywiście montowane części muszą lśnić nieskazitelnym chromem – wypisz wymaluj jak w Orange County Choppers. I to w zasadzie wszystko co da się o tym filmie napisać. Już dawno nie widziałem takiego gniota kompletnie pozbawionego fabuły. Za to widok motocykli zawsze cieszy, nawet w tak beznadziejnej szmirze, jak „Born to ride”. Zresztą sami zobaczcie….

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „„Born to ride”, czyli jak zepsuć motocyklowe kino

  1. Bosch pisze:

    Jak można się z Panem skontaktować? Prosiłbym o maila.

  2. baka pisze:

    no to całe szczęście nie widziałem

  3. ella pisze:

    niestety widziałem i do tej pory śni mi się po nocach to okropieństwo

  4. Bartelo pisze:

    A tak się ostatnio zastanawiałem czy nie obejrzeć… Teraz się cieszę, że tego nie zrobiłem. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.