Zryty beret, czyli wyścigi ze świateł…

Czasem… a co tu dużo mówić, często mi się zdarza być świadkiem takiej oto sytuacji: dwa pasy w jedną stronę, skrzyżowanie ze światłami. Stoję, powiedzmy, na lewym pasie jako pierwszy przed sygnalizatorem i w oczekiwaniu na pojawienie się zielonego światła. Obok, na prawym pasie, stoi samochód. Kierowca patrzy na mój motocykl. To uruchamia czerwone światełko w głowie, które mówi: „nie tylko nie to, tylko nie kolejny kretyn, który się będzie ścigał!” Niestety, moja intuicja często się nie myli  – kiedy zapala się zielone światło, wrzucam bieg i odkręcam manetkę, co powoduje, że motocykl szybko nabiera prędkości (bo tak jest skonstruowany – ma większy moment obrotowy, a zatem w naturalny sposób szybciej przyśpiesza, niż większość samochodów) i już słyszę jak obok gość piłuje silnik. Charczy i rżnie metalem o metal tylko dlatego, żeby mi pokazać, że on też może przyśpieszyć. Odwracam ze zdziwieniem głowę i co widzę? Gość patrzy sztywno przed siebie, trzyma się kurczowo swojej kierownicy i tnie do przodu, ile fabryka dała. Byle coś komuś udowodnić. Nie wiem co. Może, że ma większe przyrodzenie niż byśmy sądzili po jego żałosnym wyglądzie i żałosnym samochodziku kupionym od szwagra na raty i pucowanym co niedziela? A może, to nie kwestia większej fujary, bo przecież wielokrotnie taki numer na skrzyżowaniu obserwowałem w wykonaniu kobiet? Kiedyś nawet ścigała się ze mną w ten sposób jakaś starsza pani w gustownym szaliku i mniej gustownym Golfie. Może chodzi o ego, które musi zostać średnio co dwie godziny odpowiednio nadęte, by samemu sobie potwierdzać, że jest się „zwycięzcą”. Może pani właśnie zobaczyła słynny motywujący do bólu filmik „zwycięzcy internetu” z mantryczną frazą: „jesteś zwycięzcą” i tak w to swoje zwycięstwo uwierzyła, że już nie może odpuścić byle bikersowi na skrzyżowaniu.

Jeszcze może jakoś bym mógł zrozumieć tę chęć zawodów, o ile na skrzyżowaniu staliby obok jakiegoś ścigacza. Może wtedy myśl zuchwała: „ja mu dam ściganie!” mogłaby powstać w tych małych móżdżkach, kierowana zazdrością o osiągane prędkości, które przecież właśnie ze ścigaczami są kojarzone? Ale ścigać się na skrzyżowaniu z dużym cruiserem, którego istotą nie jest szybkość, ale chromowany majestat? Jakżesz zryty beret trzeba mieć, żeby wpaść na coś takiego?

Postanowiłem kiedyś zrobić eksperyment. Polegał on na tym, że kiedy usłyszałem wycie silnika jadącego w takiej sytuacji obok mnie na drugim pasie, po jakimś czasie zacząłem udawać, że nie daję rady. Dałem się wyprzedzić, żeby zobaczyć minę delikwenta za kierownicą. To piękne doświadczenie zobaczyć tyle niekłamanej satysfakcji. To „zwycięstwo”, które natychmiast po powrocie do domu zostanie obwieszczone żonie i czeladce dzieci: „ale dzisiaj pokazałem harleyowcowi gdzie jego miejsce w szeregu!”. I kiedy przez chwilę mu się gęba śmiała, i jeszcze się oglądał przez ramię jak daleko zostałem w tyle… wtedy redukcja biegu i manetka na maksa. Kiedy po kilku sekundach go wyprzedzałem, mimo iż dalej piłował swój silnik na maksa – minę ma już nie tęgą. Jakby mu ktoś opuścił spodnie w kościele. Jakby go ktoś przeleciał i nie zapłacił. Jakby dostał w ryj zepsutą rybą na targowisku od łotewskiego chłopa.
Zrobiłem tak raz, dwa, a może maksymalnie trzy. Tylko i wyłącznie celem socjologicznych badań na okoliczność sprawdzenia czy rzeczywiście tymi tłokami może kierować rozdęte ego. Wyszło mi, że tak. Teraz już nie ma po co sprawdzać, więc w takich sytuacjach odpuszczam… Niech jedzie. Niech się cieszy. W końcu w swoim smutnym życiu ma tak mało powodów do radości, no nie?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Zryty beret, czyli wyścigi ze świateł…

  1. Maciej pisze:

    często się to zdarza, ja staram się omijać szerokimi łukami każde miasto ze światłami, nerwowymi kierowcami, pamiętam z to dobrze jedno zdarzenie – remont mostu ruch wahadłowy, dojeżdżam do sznurka około 10 aut czekających na czerwonym i spokojnie jadę do przodu , zatrzymuję się przed sygnalizatorem nieco z lewej strony osi, a tu Panów dwóch w białym audi, które stało pierwsze przed światłami podjeżdża przede mnie i zajeżdża mi drogę,cóż myślę buce, po zmianie świateł, audi rusza jak z kopyta, o mało nie rozwala zawieszenia na dziurach w starej nawierzchni mostu i długa, spokojnie przejechałem most i jadę, ale zaraz ich wyprzedziłem (cóż raczej wyminąłem taką mieli potężną maszynę), ale myślę sobie że tak łatwo się to nie skończy, zaczekałem na poboczu dojechali wyminęli mnie, i znowu ich wziąłem, i tak 4 razy zrobiłem, później jeszcze raz mnie wyminęli jak rozmawiałem na poboczu przez telefon a ich minki dały mi DUŻO satysfakcji,

  2. Pan Zgred pisze:

    Mnie fascynuje jeszcze jeden aspekt takiej sytuacji – nieraz tak się zdarzało, że ktoś już kręcił obroty na czerwonym stojąc obok mojej maszyny, po zmianie świateł siłą rzeczy miałem lepszy start, a zapalony rajdowiec nie odpuszczał, póki mnie nie wyprzedził w mieście. Oczywiście wyprzedzał mnie w momencie, kiedy ja utrzymywałem już zupełnie niedużą prędkość, gdyż zbliżałem się do świeżo zmienionego, kolejnego czerwonego światła. A on potem oczywiście po heblach (a ja spokojnie). No i po co to?
    Zastanawia mnie też, co to za satysfakcja, gdy się wyprzedza cruisera nowym, sportowym Porsche (również, gdy ów cruiser nie zamierza przyspieszać bardziej w środku miasta z przyczyn zdroworozsądkowych).

  3. Marcin pisze:

    Dawno się tak nie uśmiałem czytając ten wpis. Zresztą Pańska książka którą dostałem na urodziny od żony dostarcza nam niekończącej się zabawy. Gratuluję tak ciętego i giętkiego języka.
    No cóż czasem przyznaję się bez bicia że odkręciło się tą manetkę spod świateł i później się zastanawiałem…. taki stary, a taki głupi :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.