Wicher wieje, czyli potęga pełnego kasku…

Właśnie zrobiliśmy 390 mil. Polska, Słowacja, Węgry i nocujemy 30 km od granicy z Rumunią, na kempingu pod Debreczynem. Oczywiście dorwaliśmy się w sklepie do węgierskich win i jak tylko zorganizujemy szklanki, to się dowiemy czy było warto. Bo jednak co, jak co, ale balatoński wypasiony Pinot Noir nijak z gwinta nie byłby chyba do przełknięcia (oczywiście nie próbowałem i jakoś nie mam zamiaru). Co zaś do samej podróży – Słowacja jest oczywiście „wporzo”. Nie kasują motocykli ani za autostrady, ani też za parkingi. Niestety, puszkarze jadą tak strasznie przepisowo, że aż zęby bolą. Jak jest ograniczenie do 50 km/h, to choćby nie wiem co się działo, jadą nie więcej niż 50. Zdarzają się oczywiście kolesie bardziej papiescy od papieża i przy takim ograniczeniu na wszelki wypadek jadą 10 km mniej. Wiadomo, że o bezwzględności słowackiej policji i wysokości wystawianych przez nią mandatów chodzą już legendy, ale i tak… trzeba się do tego przyzwyczaić.  Na sławetną autostradę, która ma podobno pięknie lecieć przez całą Słowację nie ma co specjalnie liczyć – jest tak gruntownie remontowana, że jadąc nią tęskni się do naszej katowicko – krakowskiej A4 (nie wierzę, że to napisałem). Za to przed Preszowem mają zarąbisty 5 km tunel i wiatry, którą chcą łeb urwać. I to nie jakiś tam stały, dujący wiatr z jednej strony. To podmuchujący znienacka wicher niespodzianka. Walił dziś tak, że przesuwał motocykl nawet o metr w bok. I nie da się do tego przyzwyczaić np. prowadząc maszynę pochyloną tak, by opierała się na tym wietrze. Przywala z lewej mańki tak, że nie da się tego przewidzieć – niezależnie jak bardzo wypatruje się nasypów pobocza, lasów czy innych wiatrołapów. Jednym słowem – czad. Tak duży czad, że człowiek sobie jedzie i nie może się nadziwić jakie to anioły podpowiedziały mu o katowickim poranku, by jednak zabrał ze sobą zamknięty kask.
Potem Koszyce i koniec tej niby autostrady. Następnie Węgry i zupełnie inny świat – nagle zrobiło się tak gorąco, że trzeba było się trochę porozbierać. Tym razem autostrada od Miszkolca do Debreczyna jest już na europejskim poziomie. Pruliśmy tak zatwardziale, że w Debreczynie w końcu zgubiliśmy drogę. Ale co tam – najważniejsze, że przejechaliśmy połowę trasy i że jutro z samego rana wyruszymy na spotkanie Rumunii.
Podsumowując – droga była piękna i zleciała aż miło. Głównie dlatego, że po drodze zatrzymaliśmy się w średniowiecznej Lewoczy, na którego rynku stoi kuta „klatka hańby” pochodząca z 1600 r. … na niesfornych i innych „zasługujących”. Taka ichnia pamiątka po ciężkich czasach. I nie mogłem się powstrzymać – cała drogę myślałem kogo by tam dla przykładu można było choć na chwilę dzisiaj wsadzić….

Fota klatki hańby:
SONY DSC

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Wicher wieje, czyli potęga pełnego kasku…

  1. Marek SJZ pisze:

    Szerokości i sprzyjających wiatrów. Do klatki— u nas w kraju trzeba by było fabrykę takich klatek otworzyć.

  2. Potf pisze:

    Te wiatry to jeszcze przed winem? Bo jak po, to może za dużo drożdży jeszcze było?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.