Why we ride, czyli co kogo kręci?

Wczoraj po raz kolejny Canal+ Family wyemitował amerykański dokument motocyklowy „Why we ride” (polski tytuł to jak zwykle popis niedorobionego tłumacza: „Co nas kręci”). Dla mnie kawał dobrego, motocyklowego dokumentu. Jak się okazuje, dla innych amatorszczyzna i nuda. Dla kogo? Dla tych, którzy wymóżdżyli opis tego filmu w serwisie internetowym Canal+. Rozumiem, że dzisiaj pisać każdy może. No bo kto zabroni? Problem jedynie w tym, że nie każdy powinien.

whywerideNajpierw o filmie – to tak naprawdę półtoragodzinna afirmacja motocyklowej pasji. Tutaj rzeczywiście bohaterem są same maszyny. Bo jak głosi teza filmu – wszystkie motocykle mają duszę. Można by powiedzieć, że film dotyczy samej istoty motocyklizmu – pasji pokazywanej z najprzeróżniejszych perspektyw. Sponad motocyklowego siodła, niezależnie od tego, czy pod spodem znajduje się potężny cruiser, szybki sport czy też  malutki minimotorek, którym swoje pierwsze, motocyklowe kroki stawiają kilkulatki. „Why we ride” pokazuje subkulturę motocyklową, którą łączy wspólny bakcyl. Ten uśmiech na gębie, kiedy dosiadasz motocykla i czujesz to „coś”. Nie bójmy się tego słowa: wolność. Odczucie, o którym tak często dzisiaj większość ludzi nie jest już w stanie pamiętać. Jeden z bohaterów filmu mówi, że kiedy jest wkurzony, coś mu nie idzie, ma zły dzień, wystarczy, że przejedzie swoim motocyklem parę kilometrów, a cały wnerw zostaje gdzieś w tyle. Bo motocykl w dzisiejszych czasach – być może jak nigdy dotąd – to dużo lepszy wydatek niż jakakolwiek psychoterapia.

Z drugiej strony oczywiste jest, że nie wszyscy tę pasję muszą podzielać. Oczywiste jest, że są tacy – i to całkiem sporo – którzy miast piękna motocyklizmu dostrzegają jedynie „niebezpieczne hobby”, „gangi”, „idiotów szalejących po miastach”. Powyższe cytaty pochodzą z tekstu we wspomnianym serwisie C+. Tekstu, który – co tu dużo mówić – lekko mnie poirytował. Co tam, lekko. Autorowi należą się bęcki i publiczne napiętnowanie. Niestety nie ma jak tego zrobić, bo się nawet nie podpisał pod własnym tekstem. Tego już zapomniał. Nie zapomniał jednak wielokrotnie użyć w tekście wyrazu „motor”, którym określa motocykl. Gdyby „Why we ride” oglądał uważnie, to dostrzegłby fragment motocyklowych wspomnień, w których bikerzy wspominają dziecięce czasy i własne konstrukcje motocyklowe z użyciem silnika z kosiarki do trawy. Czyli właśnie motoru! To, o czym pisze beztroski i bezrefleksyjny anonim nazywamy MOTOCYKLEM!

Nie zalinkuję tego tekstu, bo szkoda linka – zacytuję jedynie fragment, żeby brać motocyklową odpowiednio podgrzać: „Mamy więc banały o tym, co daje jazda na motorze (poczucie wolności, wiatr we włosach nawet jeśli włosów na głowie już nie ma) i krótki kurs z historii jednośladu. (…) Dużo za to rozpływania się o tolerancji, braterstwie, otwartości. Jako, że to dzieło amerykańskie nie brakuje też łzawych opowieści i wątków o działalności charytatywnej. Do tego mnóstwo spowolnionych ujęć, którym towarzyszy podniosła muzyka. Laik na pewno dowie się kilku ciekawych rzeczy, choć niekoniecznie od razu kupi motor.”

Dla autora tekstu historia wojennego weterana, który się nie poddaje i po amputacji nóg wybiera się w potężną, motocyklową trasę, by pokazać, że będąc kaleką można również „dokonać niemożliwego” to łzawa historia. To, że motocykliści z całego świata za punkt honoru mają pomaganie innym (u nas m.in. oddajemy krew i pomagamy osieroconym dzieciakom) to też betka. Ręce i nogi się uginają. Ale cóż – biorę dziś przykład z jednego z filmowych motocyklistów: jestem tym tekstem wkurzony – zatem właśnie wybieram się na motocyklową przejażdżkę…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.