Śląski motocykl MOJ 130

Obok wielkiego napisu MOJ przechodzę każdego dnia, pokonując dwustumetrową trasę dzielącą moje mieszkanie od motocyklowego garażu. Dokładnie tutaj, jakieś 80 lat temu, zrodziła się koncepcja legendarnego motocykla MOJ 130, którego pierwsze egzemplarze opuściły Fabrykę Maszyn, Odlewnię Żeliwa i Metali Kolorowych – MOJ w Katowicach przy Tokarskiej 6 w 1937 r. A wszystko za sprawą niejakiego Gustawa „Moj” Różyckiego, który skorzystał z obowiązującego wówczas prawa i miast zapłacić należny fiskusowi podatek, całą swoją zarobioną na czarno kasę zainwestował w kupno małej fabryki należącej od 1919 r. do inż. Alfreda Wagnera o nazwie Fabryka Maszyn i Odlewnia Żeliwa. moj130źródło: ikony.design-silesia.pl

Sama zaś fabryka powstała ledwie sześć lat wcześniej jako Schlesische Gruben u. Hüttenbedarfsgesellschaft m.b.H. , a tuż przed zakupem przez Wagnera została przekształcona w spółkę akcyjną Aktiengesellschaft für Industriebedarf. Czternaście lat później na scenie pojawia się urodzony w Suchej Beskidzkiej Różycki. Absolwent Wyższej Szkoły Górniczej w Loeben w Austrii, a wówczas w 1933 r. przedstawiciel firmy wytwarzającej maszyny górnicze. I właśnie wówczas Różycki ma kłopot z nadmiarem trudno wytłumaczalnej gotówki. Na szczęście wpada na pomysł zakupu katowickiej fabryczki i w szybkim czasie dokonuje w niej sporo poważnych zmian. W ciągu pierwszych sześciu lat zatrudnienie wzrasta z 15 do 800 pracowników, a sam Różycki oddaje się swoim konstrukcyjnym marzeniom. Konstruuje na przykład silnik spalinowy z wirującym tłokiem – który to wynalazek udaje mu się zresztą opatentować. Ale prawdziwym wyzwaniem staje się motocykl, który zgodnie z koncepcją „Moja”, miał być od początku do końca składany z części wytwarzanych przy Tokarskiej 6. Oczywiście, pierwsze modele łudząco przypominały niemieckie maszyny Ernesta Sachsa ze Schweinfurtu, ale koniec końców już w 1938 r. światło dzienne zobaczyły nowe motocykle o własnym, niepowtarzalnym charakterze. Podwójna rama, dwie krótkie, proste rury wdechowe z tłumikami nad osią tylnego koła,  nożnie sterowana, dwubiegowa przekładniowa skrzynia, czyli istne cudeńko. Oczywiście, to cudeńko też sporo kosztowało – w roku 1938 była to zaporowa dla przeciętnego śmiertelnika cena, wynosząca 950 zł. Należy dodać, że większość motocykli tego typu kosztowała wówczas o jakieś dwie stówki mniej. Nie miało to jednak dla Różyckiego większego znaczenia, bo od razu postawił na innego odbiorcę. Po pomyślnym przejściu testów na poligonie w Rembertowie, polska armia uznała, że MOJ 130 świetnie się sprawdzi w służbie zwiadowczej oraz kurierskiej. Zaczęła się złota era MOJa – targi, wyścigi i początek legendy. Różycki snuł dalekosiężne plany – miał już gotowy koncept MOJa 250 – wersji z większym silnikiem i pod te potrzeby produkcyjne kupił tereny pod Sandomierzem, na których miała stanąć „fabryka motocykli i samochodów”.

Niestety, plany Różyckiego przerwała wojna. Mimo, iż zapasy fabryki nie zostały naruszone i nawet wyprodukowano trochę motocykli na niemieckie potrzeby, sam Różycki za działalność w ruchu oporu trafił w 1940 r. do obozu koncentracyjnego, który na szczęście udało mu się przeżyć. Jednak w 1945 r. nie miał już gdzie wracać. Fabryka została upaństwowiona i jako „Katowicka Fabryka Sprzętu Górniczego” powoli gasła w oczach. W końcu, po wielu przekształceniach i połączeniach, doczekała lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Ilość zmian i pomysłów wymagałaby osobnego tekstu, skończyło się jednak na tym, że w 2007 r. znowu na Tokarskiej 6 w Katowicach, stanęła spółka akcyjna MOJ S.A. Oczywiście Gustaw Różycki swojej fabryki nie odzyskał już nigdy. Kolejno pracował w Zjednoczeniu Fabryk Maszyn Górniczych, Centrali Zaopatrzenia Materiałowego Przemysłu Węglowego i w Fabryce Maszyn Elektrycznych. Był też kierownikiem budowy kopalń „Halemba” i „Wirek”, aż w końcu doczekał zasłużonej emerytury w 1962 r. Zmarł w Bytomiu 2 marca 1975 r.

Pozostawił po sobie motocykl legendę. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że MOJ 130 tą piękną legendą pozostanie i że nie usłyszymy niebawem, iż jacyś kolejni zapaleńcy postanowią tę legendę wskrzeszać. Czemu nie? Bo… mam jakieś przeczucie, że lepiej nie…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.