Prędzej czy później skończymy na kredensie…

Kiedy wczoraj rowerowo przemierzałem bezkresne otchłanie miechowickich lasów z dobrą kumpelą, jakoś tak niepostrzeżenie rozmowa zeszła na motocykle. To znaczy uściślając, jak zwykle wykorzystałem sytuację, by eksportować ideę absolutnej potrzeby zakupu motocykla. Zawsze zresztą wszystkich namawiam, żeby spróbowali motocyklizmu, gdyż to piękna pasja przecież. W każdym razie opowiadałem jak to jest fajnie jechać na motocyklu i na przykład jak się ma przed sobą daleką drogę, to najlepszy motocykl to byłby taki to a taki… Żeby był maks wygodny, nie hałasował za bardzo, żeby można w nim było zmieścić sporo bagażu, żeby można było posłuchać też czasem muzyki, pogadać przez zintegrowany system z pasażerem, żeby miał jakiś taki sprytnie zamontowany uchwyt na GPSa – co jest przecież ważne w dalekiej drodze i żeby jeszcze miał to, siamto i sramto. I nagle sam się złapałem na tym, że nie wymyślam rzeczy niestworzonych, tylko opowiadam o istniejącym motocyklu. O czymś, co łączy w sobie wszystkie te cechy, który wymieniłem wyżej. O czymś czym miałem jeździć dopiero na emeryturze. Co jest zgredziolskie do bólu. Co jest tak masakrycznie zgredziolskie, że przy tym poziomie zgredziolstwa moje shadołowe podłogi to mały pikuś. O czymś, co przystoi tylko i wyłącznie statecznym, posiwiałym lamerom, którzy zapomnieli po co człowiekowi seks, a kochanka im służy tylko i wyłącznie do celów wizerunkowych. Tak… to straszne i nie ma czego ukrywać: wczoraj na rowerowej przejażdżce złapałem się na tym, że na dłuższe wycieczki powinienem sobie sprawić kredens.
Pamiętam jak z wieloma przedstawicielami motocyklowej braci zgodnie uznaliśmy, że kredens jest sprzętem, który powinien być dodawany do emerytalnej odprawy. Że to ostatni etap motocyklizmu. Etap, a jakże, wspaniały, ale niestety taki, po którym już niewiele ekscytującego może się w życiu motocyklisty wydarzyć. I teraz nagle uświadomiłem sobie, że pożądam kredensu dużo wcześniej niż sądziłem. Że przydałby się już. Tu i teraz. Stateczny, nobliwy i wypasiony na maksa. Czy to oznacza, że się zestarzałem szybciej niż David Bowie w „Zagadce nieśmiertelności”? A może rąbnąwszy w asfalt pod Tokayem przy okazji przyrąbałem w główkę i nie chcę się do tego przyznać, ale i tak się wyda, bo zaczynam mieć haluny? Bo nagle mi się zamarzył kredens i to o dwadzieścia lat za wcześnie? Otóż zdaje się, że jednak chyba nie… To nie halucynacje – to pragmatyzm. To odwieczna pokusa bikera, by mieć tyle motocykli, żeby starczyły na każdą okazję. Cruiser na dookoła komina, terenowy na wertepy i kredens na trasy powyżej tysiąca kilometrów. Bo to jest zdaje się w motocyklizmie najpiękniejsze. Jasne, że w tym kraju, który zaciska pętlę na naszych szyjach, żądając coraz większych podatków, podnosząc ceny za paliwo i odsetki za kredyt we frankach, to wciąż marzenie ściętej głowy. Ale przecież wiemy, chociażby z telewizji, że gdzieś tam, w świecie, motocyklowa pasja niekoniecznie się wiąże z decyzją co do posiadania tylko i wyłącznie jednego motocykla. Wyobraźmy sobie, co by stało w naszym garażu, gdyby nas na to było stać! A może trzeba postawić inaczej ten problem: czy gdybyśmy mieli odpowiednią ilość kasy, to czy w garażu na pewno mielibyśmy tylko jeden motocykl? Otóż w takiej szczęśliwej sytuacji ja na pewno nie skończyłbym na jednym. I na pewno Honda Goldwing miała by tam też swoje miejsce!

goldwings

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na „Prędzej czy później skończymy na kredensie…

  1. Potf pisze:

    W tej trudnej chwili chcieliśmy Cię z Alicją zapewnić, że nadal będziemy się z Wami kolegować. I jak będziesz potrzebował współjechacza po kredens, to możesz na mnie liczyć. I nic nie powiem 😉

  2. Rodzyna pisze:

    Hehehe, to kiedy kupujesz? 😛

  3. Misiek GL1800 pisze:

    Oj poczułem się wywołany do wirtualnej tablicy 🙂
    Pomimo że większość moich funfli motocyklowych ma podobną opinię „emerytalną” na temat kredensów to pozwolę się nie zgodzić 🙂
    Od początku mojej fascynacji motocyklami „goldas” był tym złotym grallem. Długo pozostawał w sferze marzeń aż w końcu jest 🙂

    A teraz kilka faktów:
    – po pierwsze doskonałe właściwości jezdne
    – po drugie „kopyto”, od samego dołu ciągnie jak stara portowa markietanka na ostrym głodzie, a moc oddaje liniowo i bez dyskusji.
    – o oczywistych zaletach typu „wypasik” i kufry nie wspomnę bo to wszyscy wiedzą
    – po 300 kilosach ciągłej jazdy (a pewnie i po 500 podobnie) schodzisz wyprostowany i zrelaksowany ze sprzeta i dzirsko udajesz się na browara a nie do kręgarza…..

    Nic tak nie weryfikuje produktu jak odzew z rynku użytkowników. Odkąd wprowadzono w 2001 model GL1800 poza kosmetyką i airbagiem nic nie zmieniano (vide obrazek wyżej). To moim zdaniem świadczy że produkt jest co najmniej bardzo dobry.

    Jakoś tak pod koniec października włóczyłem się po Beskidach i spotkałem ekipę znajomków z Katowic. Znakomita większość na szlifierkach i naked’ach, czyli kwintesencji klasycznego motocykla. Jeden kolega na cruiserze o podobnej pojemności jak mój kredens. Po pogaduchach i symbolicznym „wuszcie” zaczęły się przycinki, że czas wracać i że te nasz „kloce” to może by trza już pogonić bo nie będą na nas czekać.

    Zdaje sobie doskonale sprawę że jeśli by wspomniana ekipa na „szlifierkach” potrafiła na nich jeździć to bylibyśmy bez szans. Ale prezentowali typowy przeciętny przekrój umiejętności. W praktyce okazało się że zarówno goldi jak i intruz zostawiły reszte wysokobrotówców daleko w tyle….
    Wnioski mi się nasuwają takie ze nie jest to koniecznie sprzęt dla stetryczałych tetryków :)))

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.