Jak Plewa na motocyklu rozmawiał z Bogiem…

Motocyklizm to nie tylko i wyłącznie podróże. Nawet w najbardziej egzotyczne miejsca, gdzie w pocie czoła, na dwóch kołach trzeba pokonać ekstremalne warunki i zmierzyć się z nieprzyjaznym bezkresem stepów, bezdroży i odludzi. Od zawsze wiedziałem, że to coś więcej. A po dzisiejszym spotkaniu z Plewą moja wiedza tylko się umocniła.

SONY DSCAle zacznijmy od początku. Dzisiaj rozpoczął się trzeci już Motorcycle Film Festival. Na jego rozpoczęcie przykulałem się do pubu Druid w Rudzie Śląskiej i od razu, na wejściu, wpadłem na Tomka z Motohybrid. Zaprzyjaźniony sklep i warsztat, w którym Tomek z Piotrkiem spędzili trochę czasu nad moim motocyklem (to właśnie ci goście, którzy mieli problem z uwierzeniem, że własnoręcznie i przy udziale jedynie kilkunastu piw wyciągnęliśmy z Potfurem z moto silnik i nic po drodze nie zepsuliśmy). Zatem wpadam na Tomka, który od razu nawija, że za chwilę będzie prezentacja niejakiego Plewy, który na wyrychtowanej w ich warsztacie Hondzie Dominator w minione wakacje poleciał na maksa czyli do Mongolii. Co więcej, koleś podobno jest gigant, bo w trasę liczącą ponad osiem tysięcy kilometrów wybrał się sam. No, dobra. Zamieniłem jeszcze z Tomkiem i dwoma jego uroczymi koleżankami kilka zdań, a po chwili na scenę wkroczył Plewa. Widziałem gościa po raz pierwszy. No, taki… żaden tam superbohater. Bardziej typ mózgowca niż gieroja, którego nie imają się kule i alergia. Facet stoi, pokazuje slajdy ze zdjęciami i opowiada. Fajnie i ciekawie: „tu byłem”, „to widziałem”. Pokazuje przygotowanie motonga, dodatkowy kanister z jednego boku i wyciągarka 1,5 tony z drugiego, zapasowe opony i bezkresy Mongolii, namiot rozbity w plenerze żywcem wyjętym z księżyca, a także mongolskich milicjantów, z którymi strzelił 0,7 wódki, pokazuje rzeki, przez które brnął odpychając się nogami i te, w których utopił motocykl, ośnieżone szczyty gór na horyzoncie i zwierzęce szkielety usiane przy drodze. Tu przejechał, tam się wywalił, tam wstał, tam pojechał dalej. Człowiek, motocykl i pustka po horyzont. I to wszystko przez osiem tysięcy kilometrów…

Im dłużej mówił, tym częściej sam sobie zadawałem pytanie: „co się działo, kiedy się nic nie działo?”. Bo najbardziej byłem ciekaw, co mu grało pod kopułą, co mu szemrało pod kaskiem kiedy sam mierzył się ze sobą? Bez ludzi, przez wiele godzin, każdego z tych trzydziestu dni. Zwróćcie uwagę: tak potężny, samotny wyjazd łączy się nierozerwalnie z dwoma aspektami: jednym oczywistym i drugim takim, który już tak szybko na myśl przed wyprawą nam nie przychodzi. Pierwszy to obawa przed tym, że nie będzie nam miał kto pomóc w sytuacji zagrożenia. Jesteś sam, wystarczy, że skręcisz nogę w kostce, a już taka pierdoła cię unieruchomi i jeśli w promieniu dwustu kilometrów nie ma żywego ducha, to masz spory problem. Kumpel na motocyklu obok może ci uratować czasem życie. Ale jest jeszcze drugi aspekt. Ten, o którym myślimy najrzadziej i który dopiero tam, w trakcie trasy, staje się nieprzewidzianie najważniejszy. Otóż musisz sam ze sobą spędzić wiele godzin i dni…

Kiedy Plewa skończył prezentację, nie wytrzymałem. Musiałem mu zadać to pytanie: jak to zrobił? Jak spędził sam ze sobą na motocyklu taki szmat czasu? Jakie myśli zaiwaniały mu pod blaszanym beretem przez tę drogę? Co się działo pomiędzy tymi momentami, które pokazał w swojej prezentacji i które uwiecznił na zdjęciach?

Zapytałem i otrzymałem taką oto odpowiedź: „Wiesz, może cię to zdziwi, ale jestem głęboko wierzący. I właśnie wtedy, przez te wszystkie godziny, rozmawiałem z Bogiem. Mówiłem do niego na głos. I dogadaliśmy się. Wróciłem inny z tej wyprawy. Na pewno większy…”

I wiecie co, koleżanki i koledzy motocykliści? Nie ma znaczenia jakiego wyznania jest Plewa (nawet o to nie pytałem, bo nie czułem takiej potrzeby) – ważne jest zupełnie coś innego. Coś bardzo osobistego i jednocześnie nieuchwytnego. Trudno powiedzieć co to jest. Ale jedno jest pewne – właśnie za to kochamy motocyklizm!

 

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Jak Plewa na motocyklu rozmawiał z Bogiem…

  1. wacpun pisze:

    Pozazdrościć odwagi Plewie, z chęcią zobaczyłabym tę jego prezentację 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.