Trudna miłość PIS do motocykli…

Jak się ma taką sztukę przed sobą, to trudno zachować kulturę… To najprostsza definicja potrzeby studiowania sztuki i kultury zawarta w słowach bohatera kultowego serialu „Daleko od szosy”. Nawiasem mówiąc, Leszek był zapalonym motocyklistą, więc jest to bohater budzący jak najbardziej pozytywne skojarzenia. W przeciwieństwie do innego bohatera. A mianowicie medialnego bohatera ostatnich dni, radnego Warszawy Macieja Maciejowskiego, który zgłosił interpelację domagającą się wprowadzenia w stolicy całkowitego zakazu jazdy na motocyklu. Gdyż zdaniem radnego (cytuję z interpelacji): „wrócił problem, hałaśliwych i niebezpiecznych, straszących dzieci i szalejących po wszystkich typach dróg motocyklistów. Stanowią oni zagrożenie dla innych uczestników ruchu drogowego, przyrody oraz niezwykłą uciążliwość dla wszystkich mieszkańców. Ich ryczące i śmierdzące maszyny terroryzują miasto”. Wprawdzie interpelacja radnego pochodzi z 29 marca 2012 r. ale dopiero teraz ujrzała światło dzienne za sprawą mediów. Ujęła mnie w tej interpelacji dająca się zaobserwować u radnego umiejętność formułowania myśli. Postanowiłem więc zapoznać się z innymi myślami radnego oczekując, że będą równie odkrywcze co ta powyższa. I nie zawiodłem się. Bo radny Maciej Maciejowski ma umiejętności o wiele więcej. Jedną z nich była umiejętność zostania radnym z listy PIS-u. Co więcej, swego czasu nawet kierował gabinetem politycznym ministra – szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w okresie rządów premiera Jarosława Kaczyńskiego. W roli radnego dochrapał się funkcji wiceprzewodniczącego Komisji Kultury. Niestety w 2011 r. został z tej funkcji odwołany z powodu skandalu jaki wywołał jego internetowy komentarz, w którym nazwał prezydenta „bydlęciem”. Za to również wyleciał z PIS-u (co aż trudno sobie wyobrazić). Jednak wylatywanie radny ma we krwi. Kiedyś nawet był łaskaw napisać na Twitterze (cytuję za Faktem): „W I klasie podstawówki wyrzucono mnie ze szkoły za awanturę, że nauczycielka jest za głupia by uczyć jak nie umie zapamiętać mojego nazwiska”. Potem jest jeszcze tragiczniej – radny traci pracę, komornik zajmuje mu dietę radnego, co skutkuje kolejnym listem, w którym już otwarcie przyznaje, że nie ma za co żyć. Itd, itp. Tak naprawdę w tym całym smutnym obrazku interpelacja o zakazie jazdy motocyklami w Warszawie wydaje się małym pikusiem. Jedyne co wydaje się w tym cyrku ciekawe, to to, że w trakcie zgłaszania tej interpelacji radny był członkiem PIS-u.  Wprawdzie w Parlamentarnym Zespole Miłośników Motocykli i Samochodów nie ma reprezentacji PIS-u (głównie jest PO), to jednak trudno uwierzyć, że w tej partii nie ma motocyklistów. No i dobrze, że trudno uwierzyć, bo przecież są. Mnie udało się namierzyć dwóch, ale możliwe, że to dopiero wierzchołek góry lodowej. Pierwszy to oczywiście sławetny agent Tomek, który swego czasu dosiadał przydziałowego Harelya, którym miał czarować celebrytki na okoliczność wsadzenia ich wszystkich do pierdla. To się nie udało, ale ubaw był po pachy. Co więcej, po medialnych wypowiedziach najsłynniejszego polskiego agenta okazało się, że do wyrywania celebrytek nie trzeba specjalnej elokwencji i konstruowania zdań wielokrotnie złożonych. Drugim motocyklistą w szeregach tej partii okazuje się być Adam Hofman – mistrz ciętej riposty, szczególnie po kilku głębszych. Ale co tam. Jest bowiem trudna miłość PIS do motocykli, ale w końcu dwóch, to zawsze coś. Z drugiej strony nie wiadomo ilu jest motocyklistów w innych partiach (na PO specjalnie bym nie liczył, bo bardziej mi pasują do kabrioletów), na palikotowców również nie (wiadomo, dwa sztachy Marychy i równo się już nie da jeździć) i niestety również nie liczyłbym na SLD. Nawet jak se Napieralski cyknął sesję zdjęciową na motocyklu, to wyglądał jeszcze śmieszniej, niż jak wyjechał z kopalni tak czarny, że górnicy w półmroku nie mogli się połapać, gdzie stoi. Jednym słowem klops. A wystarczy prosta matematyka wyborcza, którą serdecznie polecam nie tylko radnemu Maciejowskiemu, ale również politykom od prawa do lewa. Liczba zarejestrowanych motocykli w Polsce już w 2010 roku przekroczyła okrągły milion. Jeśli przyjąć (słuszne zresztą założenie), że przeważająca liczba motocyklistów to osoby dorosłe, a zatem uprawnione do głosowania oraz popatrzeć na dane statystyczne (z 2011 r.), mówiące o tym, że liczba osób w wieku produkcyjnym (a więc dosyć zbliżona do grupy uprawnionej do głosowania) to 25 mln, to okazuje się, że motocykliści stanowią w Polsce ok. 4% wyborców. Idąc dalej tym tropem i pamiętając, że próg wyborczy w wyborach parlamentarnych w Polsce wynosi 5%, można by dywagować, że gdyby tak wkurzeni motocykliści się skrzyknęli i dobrze zorganizowali, to mogli by w polityce trochę namieszać. Załóżmy przez chwilę, że tak się stało. A mianowicie, że powstała Polska Partia Motocyklistów, że weszła do Parlamentu. Co więcej, okazałoby się, że akurat układ sił prawica kontra lewica kontra centrum jest akurat taki, że żadna z dużych partii nie jest w stanie samodzielnie rządzić. I że potrzebuje „języczka u wagi” w postaci właśnie motocyklistów. Dogadują się, zawiązują koalicję i chcąc nie chcąc, muszą spełnić koalicyjny warunek bikersów. A ci mają tylko jeden postulat: całkowity zakaz poruszania się po centrach miast samochodów i zarezerwowanie ruchu tylko i wyłącznie dla jednośladów. I cytując słowa szatniarza z misia pozwolę sobie w ich imieniu zapytać: „Nie chcemy samochodów w miastach i co nam pan, panie Maciejowski zrobi?”

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.