No i zdrapka…

Zakładałem, że wpis po powrocie zacznę od słów: „no i szczęśliwie wróciłem”. Niestety. Wróciłem, ale do szczęśliwego powrotu zaliczyć tego nie można, ponieważ wczoraj, ok. 9.00, na Węgrzech, tuż za Tokayem, zaliczyłem glebę. I niestety był to najpoważniejszy wypadek w mojej dotychczasowej motocyklowej karierze. Postanowiłem go opisać ku przestrodze, ponieważ idealnie pokazuje po co w motocyklowych spodniach i kurtkach są protektory i dlaczego w motocyklu tak ważne są gmole. Ale zacznijmy od początku. Piękna, równa, prosta droga, pełne słońce, a na niebie ani jednej chmurki. Niedziela rano. Postanawiamy skrócić sobie drogę z Tokayu do granicy słowackiej i wybieramy trasę przez węgierskie wsie. Jadę pierwszy, środkiem pasa. Dojeżdżam do jakiegoś skrzyżowania i widzę, że właśnie zapaliło się zielone. Prócz mnie na drodze jest tylko jeden samochód – jakieś kombi nadjeżdżające z naprzeciwka na swoim pasie. Lecę jakieś 80 – 90 km na godzinę. I nagle tuż przed światłami dostaję potężne uderzenie w przednie koło. Nie wiem co się dzieje. Przednie koło podbija mi do góry gdzieś na ponad pół metra i automatycznie je wykręca. Nie jestem w stanie opanować kierownicy – w ułamku sekundy motocykl kładzie się na prawy bok i wraz ze mną uderza w asfalt. Zaczyna się zdrapka. Spadam z motocykla, który na skutek swojej masy, zaiwania po asfalcie szybciej ode mnie. Nie czuję bólu po uderzeniu, nie czuję też żadnego bólu, drąc na prawym boku przez asfalt. Wiem jednak, że to jeszcze niczego nie oznacza, bo błyskawicznie podniesiony poziom adrenaliny odcina uczucie bólu. Widzę przed sobą motocykl, który wśród iskier drapanego przez asfalt metalu, mknie prosto w mur, który, jak spod ziemi, wyrasta po prawej stronie skrzyżowania. Tuż przed światłami. Równocześnie ja zatrzymuję się na asfalcie i słyszę huk uderzenia – to motocykl wali w ten nieszczęsny mur. Cisza. Po chwili słyszę kroki kierowcy tego kombi, który biegnie w moją stronę zobaczyć czy żyję. Udaje mi się wstać. Sprawdzam powoli czy jestem w jednym kawałku. Jestem. Krwi też nie widać. Obmacuję się dokładnie… uff. Nic mi nie jest. Pokazuję kierowcy, że ok i że żyję. Podchodzę do motocykla. Tryska z niego płyn hamulcowy, ma wygięty maksymalnie prawy gmol, rozwaloną prawą podłogę i lampę wciśniętą jakieś pięć centymetrów pod kierownicę. Próbuję postawić go do pionu. Za pierwszym razem się nie udaje, więc staję do niego tyłem i podnoszę z wyprostowanymi plecami. Udaje się. Stawiam motocykl na stopce. W tym momencie do skrzyżowania dojeżdża jadący za mną na Dragstarze 1100 Robert.

Ja już wiem co było przyczyną wypadku. Robert jeszcze nie. Później z jego relacji wynika dlaczego tak się stało. Kiedy dojeżdżał do tego skrzyżowania, paliło się na nim już czerwone światło. Zobaczył mnie, jak stoję przy motocyklu za światłami. Wydawało mu się to dziwne – czemu stoję prawie na środku skrzyżowania. Im był bliżej, tym bardziej się zaczął orientować, że coś się musiało stać. Ale co? Przecież droga idealna. Asfalt, jak malowany. I tak, wpatrując się w drogę i dojeżdżając już naprawdę blisko, wreszcie „to” zobaczył: na środku pasa, na którym jechałem, był garb. Ostry wybój spiętrzonego przez upały i TIR-y asfaltu o wysokości jakichś 15 cm. Akurat w tej chwili tak nieszczęśliwie oświetlony przez słońce, że od strony nadjeżdżającego motocykla nie rzucał żadnego cienia. Nie sposób było go dostrzec.

No cóż. Sprawdzam motocykl. Prawy gmol wbił się w pedał nożnego hamulca i kompletnie go zablokował. Nie jestem w stanie odgiąć tego gmola ani na milimetr. Do tego rozszczelniony układ hamulcowy powoduje, że nie mam hamulców. Do tego kierownica jest lekko wygięta, ale reszta działa. Sprawdzam światła: mimo, iż od uderzenia lampa wkomponowała się w motocykl to jednak nadal działa. Migaczom też nic się nie stało. Silnik chodzi, ale gaśnie. Podkręcam więc mu wolne obroty i już jest ok. Ale nie da się jechać. Jestem 500 km od domu, muszę przejechać przez dwie granice i klops. Telefon do PZU tylko niepotrzebnie mnie wkurzył. Okazało się, że moje ubezpieczenie nie obejmuje holowania z zagranicy (a żona przed wyjazdem wielokrotnie suszyła mi głowę, żebym o takie ubezpieczenie zadbał)…
c.d.n.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „No i zdrapka…

  1. Marek SJZ pisze:

    Zawsze się coś zesra. Dobrze że tylko tak się skończyło.
    Swoją drogą człowiek znowu się czegoś nauczył.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.