Dziękuję ci za motocyklizm, tato! – czyli motocyklowy Dzień Ojca!

Ideę motocyklizmu dostałem w prezencie od ojca… Nie wiem czy w genach, ale na pewno w przekonaniu, że istnieje możliwość dotknięcia wolności. I że drzwi do tej możliwości znajdują się właśnie w motocyklizmie. Wiele razy, przy piwie, siedząc razem, próbowałem wydobyć z niego motocyklową opowieść. Storytelling, w którym mógłbym i siebie odnaleźć. Z tego co usłyszałem i zapamiętałem, powstały niniejsze strzępki miłości do motocykli:

FatherSonFrancja

Dziadek we Francji (ojciec urodził się w Mericourt) jeździł jakimś motocyklem  – dojeżdżał do kopalni. Najpierw rowerem, ale potem się wkurzył i kupił motocykl. Podczas wojny jeździł  tym motocyklem na wieś po jajka, chleb itd. Podczas inwazji przywoził jajka, mąkę i wiele innych potrzebnych rzeczy.  Raz pojechał motocyklem po zamówionego wieprzka. Chciał go wziąć na motocykl, ale nie było jak. Uzgodnili wtedy, że znajomy Francuz przywiezie tego wieprzka do Mericourt. I tak się zaczął szmugiel dobrych rzeczy w małej, francuskiej miejscowości. Francuzi jednak szybko zapragnęli dostaw innych wiejskich specjałów i to w dużych ilościach. Wówczas motocykl dziadka przestał wystarczać. Oczywiście znam dalsze losy Stanisława Gibasa i jego przygody z francuskim ruchem oporu, ale ta historia nie dotyczy motocykli, więc póki co nie brnijmy dalej:-)

WFM

Najpierw była WFM-ka. Zima 1954. Ojciec kupił ją od kumpla z kopalni „Bobrek”. I tenże kumpel przywiózł ją wprost do domu, bo dopiero na dniach ojciec miał dostać prawo jazdy. Pojemnośc 125. Trzymał ją w komórce (Ślązakom nie trzeba tłumaczyć, że chodzi o chlewik) przy domu (wjechać trzeba było po desce). Niestety, sąsiedzi nie byli entuzjastami motocykli, więc możliwość korzystania z komórki nie przetrwała, bo (cytuję ojca): śmierdziało benzyną. Dodatkowo problemem okazały się kury, które stanowczo odmówiły znoszenia jajek, gdyż motocykl im w tym przeszkadzał. W końcu problem został rozwiązany przez moją babcię, która przytomnie zauważyła, że motocykl jest od kur bardziej użyteczny – można na nim gdzieś pojechać, kogoś podwieżć i w ogóle. Tym sposobem chlewik uwolnił się od kur i stał się motocyklowym garażem. Jak się miało niebawem okazać przewidywania babci były prorocze.

WSK

Kiedy na kopalni „Ludwik” w Biskupicach był zawał i babcia z dziadkiem rozmawiała przez rurę, to dziadek powiedział, że wszystko z nim dobrze, czeka na ratowników i że trzeba, żeby mój ojciec przyjechał po niego na motocyklu. Ojciec oczywiście przyjechał – urywając się z szychty na koksowni „Jadwiga”. W ten sposób motocykl stał się członkiem naszej rodziny i to w sytuacji, w której nie było mnie jeszcze w najśmielszych planach.

WSK-a była kupiona w sklepie w Zabrzu, na ulicy 3 maja. Prawdopodobnie starczyła jedna wypłata. To było mniej więcej w marcu i na jeździe próbnej po wyjechaniu ze sklepu – jakiś kilometr w kierunku stadionu Górnika Zabrze, ojciec wjechał na lód i zaliczył glebę, wywracając motocykl na prawą stronę. Prawy podnóżek wykrzywił się do góry o 90 stopni. Motocykl trzeba było przeprowadzić z powrotem do sklepu. Kiedy opowiedział sprzedawcy co się stało, ten o mało nie umarł ze śmiechu i powiedział, że jeśli mój ojciec uważa taką błachostkę za katastrofę to… raczej nie powinien kupować tego motocykla. Potem wyszedł ze sklepu, podszedł do motocykla, obejrzał go ze wszystkich stron i jednym kopnięciem wyprostował podnóżek do właściwego poziomu (ojciec twierdzi dzisiaj, że specjalnie produkowali wtedy podnóżki z odpowiednio miękkiej stali, by można ją było wyprostować). Po czym sprzedawca powiedział: „bierzesz go pan?”. Ponownie za garaż robił chlewik. WSK-a paliła nawet w zimie, mimo iż to był dwusuw. Dużo wspomnień, dużo przygód. Aż ojciec sprzedał go, tuż przed ślubem (potrzebne były pieniądze na ślub) jakiemuś milicjantowi. Po trzech dniach w drzwiach domu pojawiła się matka tego milicjanta marudząc, że trzeba do tego motocykla wiecznie dokładać kasę, ale nic nie wskórała.

Junak

Junak miał problem z czterema śrubami mocowania cylindra z głowicą do korpusu, które po prostu pękały. To był jednocylindrowy czterosuw i te śruby strzelały bardzo często. Próbowano je dorabiać, ale i tak to często pękało. Dwa czy trzy razy ojciec musiał wymieniać te śruby (zdejmując cylinder i pierścionki), ale jak śruba się urwała na równo z korpusem, to nie pomagało nawet wykręcenia żabkami. Potem ten feler został usunięty, ale… To były pierwsze Junaki, bardzo awaryjne i według słów ojca dostarczały największe uczucie szczęścia… kiedy udawało się je sprzedać.

Jawa

Potem była Java CZ 180 kupiona od kolegi z Biskupic, z ulicy Drzymały. Ojciec testował ją jeżdżąc A22 aż za Gliwice po wiśnie – bo w Zabrzu nie można ich wtedy było dostać. A tam były, nie dość że tanie, to jeszcze prosto z sadu. Jawa okazała się bardzo wywrotna. Jak mówi ojciec „zostawiała pasażerów”. Po odkręceniu manetki pasażer zostawał na ulicy. Mimo, że by to bardzo wywrotny motocykl, ojciec nie wywrócił się na niej ani razu. Ale zgubił na niej parę dziewczyn. Fajnych dziewczyn.

 Iż

Po kilkunastu miesiącach ojciec sprzedał Jawę i kupił Iża. Ta miłość nie przetrwała nawet kilku miesięcy, mimo iż według opowieści ojca na Iżu pasażer miał się już czego trzymać. Generalnie, ku mojemu rozczarowaniu, ojciec ma kiepskie zdanie o motocyklach radzieckich. Wg niego częściej stoją niż jadą, a ilość uczucia wkładanego w naprawę tych grzmotów nie jest odwzajemniana w przyjemności jazdy. Kiedy go kiedyś poinformowałem, że zamierzam nabyć Dniepra, żeby sobie w zimę mieć w czym dłubać, jego spojrzenie było wystarczającym komunikatem, abym dalej nie brnął w taką durnotę i się motocyklowo nie kompromitował.

Panonia

Po paru miesiącach pojawiły się na rynku węgierskie motocykle Panonia. Piękne. Nawet nie było się co zastanawiać. Ojciec też się nie zastanawiał i tak Iż musiał ustąpić miejsca Panonii.

SHL

Jednak okazało się, że Panonia żre benzynę, jak smok. Cóż więc po pięknej kochance, kiedy nie starcza na jej zachcianki? I to był powód, by się rozstać z wehikułem bratanków od bitki i szklanki i zainwestować w polski przemysł motocyklowy, dzięki czemu w naszej motocyklowej rodzinie pojawiła się SHL-ka. Mniej więcej w tym czasie, kiedy ojciec śmigał na SHL-ce,  w sklepie w dzielnicy Zabrza – Rokitnicy kupiony został motorower Komar 3. Dostałem go później od rodziców w prezencie na trzynaste urodziny.

Nie da się takiej historii spisać w tak krótkich słowach. Ale da się złożyć podziękowania: dziękuję ci za motocyklizm, tato!

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Dziękuję ci za motocyklizm, tato! – czyli motocyklowy Dzień Ojca!

  1. Rafał pisze:

    Mój ojciec nauczył mnie naprawiać motorynkę. Jak był młody to jeździł WSK. Sprzedał motocykl jak ja byłem w drodze. Potem zrezygnował z pasji, ale pamiętam jego spojrzenie jak widział motocykl. Jestem pewien że jak by nie zrezygnował to jego życie ułożyło by się o wiele lepiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.