Motocyklizm lawetowy

Kiedyś pewien były pracownik warsztatu autoryzowanego serwisu HD opowiadał mi, jak kilku panów prezesów dosiadających te piękne maszyny wybrało się na zlot Harleyów, zdaje się, że gdzieś w Hiszpanii. Piękna trasa, westchnąłby teraz niejeden biker i łza zazdrości się w oku kręci. Jest tylko jeden, mały problem – panowie prezesowie lecieli do Hiszpanii samolotem, a ich motocykle jechały tam upakowane równiutko wynajętym TIR-em. Na 50 km przed celem podróży, czyli miejscem zlotu, nasi rasowi bikerzy wsiedli na motocykle i z gracją,  w blasku połyskujących ćwiekami skórzanych kamizelek, triumfalnie wjechali na zlot. Po jego zakończeniu równie triumfalnie opuścili miasto, by tuż za nim pozwolić pracownikom serwisu – którzy wynajęci z ASO HD eskortowali tym TIR-em motocykle, dbając by się im chromy nie ubrudziły – wtoczyć motongi na auto. Sami zaś zostali odwiezieni taksówkami na pobliskie lotnisko. Hm… Chciało by się rzec – wolno im przecież. Kto im zabroni? Mają kasę to niech se wyślą motorki na księżyc celem cyknięcia foty na tle amerykańskiej flagi. Pytanie tylko czy to jest jeszcze motocyklizm? A może się czepiam? Sam przecież widziałem na motocyklowych zlotach gości przyjeżdżających samochodem z motocyklem na lawecie… Bo droga daleka, bo padało, bo było zimno, bo po co się męczyć? Dla mnie jest się po co męczyć. Otóż dla samej przyjemności jazdy na motocyklu. A deszcz, zła pogoda czy zimno są również w tę przyjemność wpisane.

Z drugiej strony znam taką parę motocyklistów, którzy upodobali sobie wakacje polegające na motocyklowym zwiedzaniu południa Europy. Obydwoje jeżdżą na swoich turystycznych motocyklach, które na takie wakacje zabierają w docelowe miejsce właśnie na lawecie. Kiedy zapytałem czemu nie pojadą do takiej Prowansji czy Langwedocji motocyklami, wzbogacając wrażenia z podróży o to, co mogą zobaczyć po drodze odpowiedzieli, że tak jest dla nich lepiej. Lepiej, ponieważ po trasie Katowice – Montsegur byliby tak zajechani, że musieliby z dwa dni odpoczywać. A tak przyjeżdżają na tyle wypoczęci, by następnego dnia od rana już dosiąść motocykle i śmigać po okolicy. Pewnie jest to jakaś metoda. Jak dla mnie jednak, było by mi trochę szkoda tej drogi.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Motocyklizm lawetowy

  1. Pablo pisze:

    Moim zdaniem pierwsi z nich są tylko posiadaczami motocykli ale oczywiście jest to dozwolone i każdy ma do tego prawo, natomiast tych drugich można nazywać motocyklistami. Według mnie prawdziwy motocyklista czerpie przyjemność z jazdy motocyklem a jak to realizuje to już nieistotna kwestia bo jeden siada i przejedzie 1000 km do celu a a po krótkim odpoczynku wraca i robi kolejny 1000 , drugi robi te 2000 robiąc wycieczkę na 2 tygodnie , a trzeci z kolei jeździ nie dalej od domu niż 100 km ale robi to w miarę swoich możliwości i kiedy tylko może . Czy któryś z nich jest lepszym lub gorszym motocyklistą ?

  2. Kotello pisze:

    Spotkałem w Karlskronie motocyklistę. Dżentelmen w wieku lat 65. Wracał z wyprawy po Skandynawii. Podróżował starą 125-tką, którą kupił w cenie roweru i sam wyrychtował. Ja podróżowałem na rowerze. Rozmawiało nam się jak biker z bikerem. Dwa koła to wspólny mianownik.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.