Motocykl po czterdziestce…

Zastanawia mnie ostatnio, co takiego się dzieje, kiedy przekraczamy te magiczne cztery dychy, że w głowie zaczyna się otwierać motocyklowa klapka. Oczywiście nie u wszystkich – u niektórych dzieje się to wcześniej, u innych wcale. Jest jednak dość spora grupa bikerów, którzy swoją motocyklową przygodę rozpoczynają właśnie w tym wieku. Ciekawe dlaczego? Możliwe, że czterdziestka to taki moment w życiu, w którym czujemy, że niewiele się już może zmienić. Dzieciory są na tyle odchowane, że zaczynają żyć własnym życiem, a na rozsądek żony uodporniliśmy się już na tyle, że jakoś próbujemy i ją przekonać do tego wariactwa. I w ten sposób, wydawałoby się, poważny facet z ustabilizowaną sytuacją zawodową, przywdziewa naćwiekowaną skórę i przewiązawszy głowę chustą z trupią czachą zaczyna garściami czerpać z dobrodziejstw przeżywania drugiej młodości.

all_bundyRobi coś, co zawsze go kręciło, a na realizację nigdy nie starczało mu odpowiedniego samozaparcia, kasy czy odwagi. Dotąd siedział w wygodnym fotelu z nogami na podnóżku i popijając piwo po raz setny oglądał „Esay Ridera”, zazdroszcząc Kapitanowi Ameryka poczucia luzu i wolności. Dotąd wystarczającym zastrzykiem adrenaliny była obawa czy żona odkryje skitrane za firanką dodatkowe dwa browary i czy uda się jej wmówić, że to na jutro. A jedynym poczuciem wolności był moment w supermarkecie, w którym zauważona kątem oka panna z nogami do samego nieba, odpowiedziała uśmiechem na jego ślinotok. I nagle przychodzi ten moment – jak grom z jasnego nieba. Czterdziestolatek staje w przedpokoju, rozkłada dziarsko nogi przyobleczone w bamboszki w kształcie sprasowanych chomików i oznajmia domownikom, że oto postanowił zostać zapalonym bikerem. To przecież oczywiste w jego przypadku, bo „bycie bikerem” to jedyne zajęcie, do którego brzuch w rozmiarach przerośniętej piłki lekarskiej pasuje jak ulał. A zatem teraz będzie izi rajderem i już. Decyzja podjęta, pozamiatane i nie ma co dyskutować. Dzieciory patrzą, przecierają ze zdumienia oczy i po zorientowaniu się, że staremu rzeczywiście na dobre odbiło, na wszelki wypadek dopytują, czy na pewno jest ubezpieczony, na ile i w jaki sposób to ubezpieczenie zostanie im wypłacone, jak starego będą skrobać z asfaltu. Małżonka tymczasem próbuje jakoś złagodzić uderzenie i przekonuje: „A nie wystarczyłby ci na przykład rower? Jakiś taki mniejszy? No powiedzmy, że stacjonarny?”. Kiedy się okazuje, że jednak nie, to następuje szybkostrzelna seria argumentów przeciwnych motocyklizmowi: „Jasne… ty i motocykl? Przecież ty samochodem nie potrafisz jeździć!” albo „Ty wiesz ilu ludzi się zabiło na motocyklu?” „No ilu?” – odpowiada nasz czterdziestolatek. „Wszyscy!” – wykrzykuje żona i strzelając focha udaje się w zorganizowanym pośpiechu na strategiczne spotkanie z własną matką, z czego jeszcze nigdy nic dobrego nie wyniknęło. Jednak motocyklizm jakoś nie odpuszcza bohatera tej opowieści. Coś mu przeskoczyło w głowie, przekręciła się jakaś korbka, coś zaiskrzyło. Jeszcze kilka lat temu dałby się przekonać argumentom o śmierci zbierającej przedwcześnie swoje motocyklowe żniwo, o tym, że jest już na to za stary, na wszystko zresztą jest już za stary, a ta blondyna co ją widział w hipermarkecie, to nie śmiała się do niego, tylko z niego. I wtedy odpuszczał. Wtedy wymiękał. Odkładał swoje motocyklowe marzenia. Aż wreszcie kiełkowały w głowie tak długo, że wreszcie zakwitły i nie chcą już odpuścić. Możliwe, że jest to właśnie związane z kryzysem wieku średniego, z szybko nadchodzącą konstatacją, że żona, dzieci, robota, popołudniowa drzemka to jeszcze nie wszystko. Że jeszcze jest coś jeszcze, co pozwala na odzyskanie utraconej na kanapie wiele lat temu godności. Ciekawe co rzeczywiście za tym stoi i dlaczego tak naprawdę po czterdzieste motocykle pojawiają się tak często w wielu głowach?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Motocykl po czterdziestce…

  1. Potf pisze:

    Genialny tekst 😀

  2. Thori pisze:

    Na swojego Vikinga wsiadłam po 40-stce.
    Dopiero w tym wieku udało mi się zrealizować marzenie o własnym moto. Gdzieś tam podświadomie czułam, że Viking pozwoli mi na ucieczkę od codziennej szarości, monotonii, zmotywuje do zawalczenia o siebie, o swoje zdrowie. To była dla mnie ostatnia deska ratunku, która miała mi umożliwić wyjście z domu, odzyskanie wolności i samej siebie.
    Wiele się nie pomyliłam. To on dał mi mocnego, pozytywnego kopniaka do zmiany wielu rzeczy w moim życiu. To dzięki niemu dzisiaj jestem w stanie pokonać kilkadziesiąt kilometrów i czuć się dobrze z dala od domu, podczas gdy kiedyś oddalenie się na 30 metrów było niemożliwe. To on daje mi siłę do realizacji kolejnych marzeń, pozwala patrzeć z optymizmem w przyszłość, daje radość, szczęście i wywołuje uśmiech na twarzy. To dzięki niemu nawet w najbardziej paskudnej sytuacji staję na nogi. Wystarcza krótka przejażdżka, pomruk silnika, „rozmowa” z moim maleństwem i wiem, że na powrót mogę przenosić góry 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.