Game of the motorcycles

Wczoraj Dziennik.pl zamieścił następujące info: „Bieńkowska podjęła decyzję ws. autostrad. Motocykliści zwolnieni z opłat!” Chciałoby się rzec: nareszcie! W sumie szkoda tylko, że tak późno. Z tego, co wyczytałem w innych mediach, głównym powodem do takiej decyzji ma być kłopot z umieszczeniem „na motocykliście” czujnika umożliwiającego elektroniczny pobór opłaty oraz to, że w motocyklu tablica rejestracyjna jest widoczna jedynie z tyłu. g0m1No, cóż. Dobre i to. I to z kilku powodów. Pierwszy powód do radości to ten, że autostrada jest miejscem, w którym motocykl sprawdza się doskonale. Dobrze wyprofilowane zakręty, jezdnia bez dziur i możliwość zapylania 140 km/h w majestacie prawa. Drugi powód to zdzierstwo naszych koncesjonariuszy. Zupełnie nie rozumiem dlaczego przejazd autostradą musi być aż tak drogi. A już naprawdę się wściekam, kiedy karzą nam płacić również wówczas, kiedy jakiś odcinek autostrady znajduje się w remoncie. Wyobraźmy sobie, że kupujemy kuchenkę gazową do kuchni. Taką z czterema palnikami. I w domu się okazuje, że jeden z palników nie działa. To przecież jest oczywiste, że bierzemy kuchenkę na plery i zanosimy do sklepu, gdzie sprzedawca bez żadnych dyskusji nam zwraca kasę albo wymienia na nową. Jeśli nie, to cykamy gościowi fotę, obsmarowujemy go w necie i zgłaszamy złodzieja do Urzędu Ochrony Konsumentów. Tymczasem ten logiczny system na autostradach nie działa. Płacisz X zł za przejazd trasą, powiedzmy, stu km i okazuje się że dwadzieścia z tych stu jedziesz pięćdziesiąt na godzinę i to w ruchu dwustronnym, bo chłopaki remontują jakieś coś. No, żesz ich psia mać. Przecież nie powinniśmy w takich sytuacjach zapłacić złamanego grosza, a już w najgorszym razie 80% kwoty X. Bo skorzystaliśmy z tejże autostrady przecież jedynie w 80%. A tym czasem, na przykład na trasie Katowice – Kraków, trafienie na dzień, w którym można ją przejechać komfortowo całą, stanowi dość spory wyczyn. I co? I nic. Panience z okienka ani brewka nie drgnie ze wstydu, tylko bezczelnie wyciąga rękę po kasę. Wiem, że to nie jej wina, bo ona tam tylko pracuje. Ale z drugiej strony, jak się pracuje dla mafii, to trudno się spodziewać, że nikt cię za winy tejże mafii nie będzie osądzał.
Kiedyś gadałem z jednym PR-owcem, który chwalił się pracą dla Stalexportu i to w czasach, kiedy motocykliści protestowali na bramkach A4, płacąc drobniakami za przejazd. I tenże PR-owiec udzielił mi kuriozalnej odpowiedzi na pytanie „dlaczego na A4 motocykliści muszą płacić tyle samo, co kierowcy samochodów?” Otóż argumentował, że w przypadku motocyklowego wypadku na autostradzie obsługa takiego zdarzenia jest dużo droższa niż w przypadku wypadku samochodu. Bo, jego zdaniem (a koleś motocykl widział jedynie u sąsiada za płotem), jak się już rozwali motocyklista, to z takim efektem, że trzeba wzywać helikoptery, zatrzymywać cały ruch i takie tam głupoty. Aż dziw bierze, że wytrzymałem i wysłuchałem tego w spokoju. Oczywiście prawda jest taka, że motocyklowe wypadki na autostradach to zdecydowana rzadkość. Większość bowiem wypadków motocyklowych ze skutkiem śmiertelnym (o czym donoszą coroczne raporty policji) następuje w wyniku zderzenia motocykla z samochodem wyjeżdżającym z drogi podporządkowanej. A jak sama nazwa wskazuje, na autostradach o takie zdarzenie raczej trudno. A potem, po takich „kwiatkach”, branża public relations jeszcze się dziwi, że wśród dziennikarzy funkcjonuje pogląd: „PR-owca wal z gumowca”.
No, nic. Wiadomość podana przez Dziennik.pl uczyniła mój dzień przyjemniejszym. Ale tak naprawdę będzie przyjemnie, jak zapowiedzi Bieńkowskiej naprawdę wejdą w życie i po raz pierwszy przejedziemy się motocyklem autostradą za zupełną darmochę. Pożyjemy… zobaczymy…

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.