Filozofia motocykla, czyli po co jeździmy?

Czy istnieje coś takiego jak filozofia motocykla? Gdybyśmy zapytali o to jakiegoś dowcipnego filozofa odparły, że teraz tak. Bo sam fakt, że postawiliśmy takie pytanie, oznacza, że właśnie taką filozofię powołaliśmy do życia. Zanim jednak moglibyśmy się pokusić o ubranie „motocyklizmu” w spójny, filozoficzny system, należałoby się wpierw zastanowić, wokół jakich wartości należy taką filozofię skoncentrować. Od razu się wyrywa pojęcie wolności. I wyrazu „wyrywa” używam tutaj celowo, skoro tak wielu motocyklistów łączy wolność z szybkością. Ale też nie tylko – w końcu pies wystawia głowę przez otwartą szybę jadącego samochodu nie tylko i wyłącznie dlatego, że samochód jedzie szybko. Czyni tak, by poczuć wiatr w nozdrzach, by poczuć zew natury i w końcu samą wolność, która musi się znajdować nie tylko w szybkości, ale również, a może przede wszystkim, w przemieszczaniu. Przecież najbardziej znane motocyklowe filmy czy dzieła literackie koncentrują się wokół drogi. Co więcej, nie jest to jedynie droga pokonywana pomiędzy punktem startu i celu, ale droga sama w sobie. Jazda dla samej jazdy.

motorcyle_philozophyI to właśnie motocykle przypomniały zgnuśniałemu światu, że istnieje coś takiego jak radość podróży samej w sobie, a nie jedynie przemieszczania się do jakiegoś tam celu. Radość pokonywania kilometrów. Wolność to przecież możliwość ruchu bez dźwięku tykającego zegarka. Bez ograniczeń czasu. Aż do bólu i aż po horyzont.
Ale jest jeszcze jeden istotny aspekt tej filozofii – to z jednej strony wymuszona, a z drugiej błogosławiona możliwość bycia z samym sobą. Przecież ludzie od zarania dziejów garną się do siebie nawzajem głównie dlatego, iż nie są w stanie z samymi sobą wytrzymać ani chwili dłużej po tym, kiedy orientują się jak potwornie są nudni. Pozostawanie zaś przez dłuższy czas z samym sobą jest sztuką wymagającą wyjątkowego samozaparcia, połączonego z naprawdę dużym dystansem do własnej osoby. To stąd starania mędrców Wschodu o pozbycie się własnego ego – wtedy jest łatwiej. Kiedy to się już choć trochę uda, można zacząć się cieszyć rozrywkami zarezerwowanymi dotąd dla nielicznych. Zaczynamy wówczas rozumieć pustelników z ich niedoprawionym korzennym menu oraz takich dziwaków, jak sławetny Symeon Stylita. Tyle, że ten ostatni zmarnował swą szansę przebywania osiemnaście metrów nad ziemią z kimś inteligentnym, oddając się gaworzeniu ze spragnioną sensacji gawiedzią. Do tego jeszcze ten sznur z łyka palmowego przetykany cierniami, którym się obwiązywał, do dzisiaj psuje dobre wrażenie. Ale właśnie filozofia motocykla odpowiedzialna jest za to, że początkowej frajdy Szymona Słupnika doświadczamy i obecnie, przemierzając świat motocyklem: grzmot wydechu wyklucza możliwość rozmowy i o to właśnie chodzi. Dosiadając motocykla przed drogą zakładamy przeżycie wielogodzinnej uczty jedynie z własnym, samotnym udziałem.

To jedna z piękniejszych cech drogi – skazujemy się na kilkugodzinne towarzystwo wyłącznie z samym sobą. Pomijam fakt, że w takiej sytuacji trudno się zawieść na intelekcie interlokutora. Ważne, że możemy chociaż przez chwilę odpocząć od innych, co doskonale rozumiał Sartre, chociaż z tymi paleniskami wnioskował dość pochopnie. Motocykl pozwala odpocząć od bezustannej paplaniny – nie dość że bezsensownej, to wypełniającej już sporą część wszechświata i wprowadzającej astronomów w niepotrzebny błąd. Nie ma żadnego szumu tła – jest szum głupoty rozprzestrzeniającej się w kosmos z szybkością światła, za pomocą fal ultrakrótkich. I wtedy, w smakowaniu własnego jestestwa, pomruku silnika i wydechów, przyjrzeniu się sobie i mechanizmowi naszego zespolenia z maszyną, która, by nas nie zabić, musi reagować na najdelikatniejszy ruch, może pojawić się coś więcej. Zrazu mały, ale z upływem drogi coraz większy prześwit, przez który chrześcijanie spotykają Boga, buddyści Paramatmana, a ateiści po prostu szczęście. Rodzi się coś nieuchwytnego, a jednocześnie coś, co nie odpuszcza. Bo to jeden z nielicznych momentów na tym łez padole, kiedy po postawionym pytaniu pojawia się odpowiedź lub cisza, świadcząca dobitnie o tym, że pytanie zostało źle postawione lub nie wymaga odpowiedzi. To zaledwie początek, pierwszy okruch motocyklowej filozofii… Ale jakiż kuszący, nieprawda?

Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.